Nazareth – Tattooed On My Brain – czy warto?

Nazareth – Tattooed On My Brain – czy warto?

1 maja 2019 0 przez jakub

Wyobrażam sobie to tak: Berlin, późne lata 70, opel ascona w dieslu i pusta ekspresówka. Z wąsami, w papierosowym dymie jedziemy późnym wieczorem w kierunku Polszy. Ktoś nagle wrzuca do radia kasetę zatytułowaną Nazareth. Nie znamy zespołu, ale po nazwie wnioskujemy, że to jakieś oazowe granie. „Chłopaki, dajcie im szansę” – krzyczy mózg operacji z tylnego siedzenia. I dajemy.

Never dance with the Devil, tym wita nas Nazareth. Pierwsze skojarzenie? Twardy Deep Purplowski riff. Gitara Jimmiego Murrisona stara się być nieprzekombinowana. Od pierwszych dźwięków czuć, że chłopaki chcą stawiać na ciężkiego rocka. I fajnie, lata 70 lubią to!

Numer dwa to coś zupełnie świeżego, czego nie ogarniamy. Początek iście jak Frank Zappa, dalej jeszcze bardziej melodyjnie i bardziej. Cały samochód dochodzi do wniosku, że nie jest to najlepsza piosenka. Lekki szok i zaskoczenie, bo przecież zaczęliśmy dobrze a tu niespodzianka. Delikatnie nie ta epoka. Zbyt nowoczesne.

Przyszedł czas na balladę. Słuchamy, słuchamy. Rubik`s Romance przywodzi nam na myśl wykonawców takich jak Warren Zevon i Mr. Big. Dobrze rozluźnia, można odpocząć przy tej nutce. Wpada w ucho, z pewnością do niej wrócimy przy piwku, góra ośmiu.

Warta uwagi wydaje się być też Change, jedna z niewielu molowych piosenek na płycie. Ciekawa linia melodyjna i wstawki gitarowe doskonale wpisują się zyskujący na popularności nurt Grunge`u. Tak bardzo zalatuje Chrisem Cornellem, że nawet człowiek ma ochotę wysiąść z tej machiny czasu i puścić Audioslave.

Płytę wieńczy You call me. Charakterystyczna gitara wybija się już od samego początku. Carl doskonale operuje głosem. Bardzo przypomina Igo z Bass Astral. Ciekawa piosenka, z przesłaniem, wnosząca trochę połamanych przejść i zupełnie w naszym odczuciu niespójna z resztą płyty.

Sprzedajemy opla i witamy w 2019. Tattooed on My Brain zdecydowanie nie jest niczym odkrywczym. W sumie też nie tego się spodziewaliśmy. Panowie z Nazareth, choć usilnie próbują iść naprzód wciąż baraszkują w latach 70. Z jednej strony to klasyka i nie sposób nie docenić starań starszych ludzi, ale czy jest to płyta na miarę XXI wieku? Raczej nie. Zadziwić nas może brzmienie, które zdaje się być pochodną starych, lampowych wzmacniaczy. To się chwali. Polecamy płytę koneserom starego, dobrego, kombinowanego rocka!

REKLAMA